Moje JA po drugiej stronie lustra, czyli o próbie samooakceptacji w dzisiejszym świecie. Czy to możliwe? Część 1

Hej,

Wczoraj wieczorem obejrzałam na You Tube bardzo ciekawy film przygotowany dla widzów przez bardzo sympatyczną Agnieszkę z kanału Aga in America, linki do jej kanałów podaję tutaj i tutaj. Aga w swoim filmiku skupia się na tematyce oceniania ludzi po ich wyglądzie i stawia pytanie czy mamy w ogóle prawo by kogoś oceniać skoro sami na pewno nie jesteśmy idealni. I wiecie co? Ciężko się nie zgodzić z każdym słowem jakie wypowiada. No bo kto dał nam prawo do oceniania innych? Jeśli jesteś bez skazy pierwszy rzuć kamieniem, parafrazując jeden z biblijnych cytatów.

Temat samoakceptacji jest ostatnimi czasy niezwykle modny i także niezwykle potrzebny. Codziennie jesteśmy atakowani różnego rodzaju informacjami jak osiągnąć idealne życie, jaka sylwetka jest idealna, jak powinnyśmy się malować by wyglądać idealnie. Idealnie, idealnie, idealnie... A czy ktoś z nas jest idealny? No nie i to czyni nas właśnie wyjątkowymi.

Chciałabym opowiedzieć wam trochę o swojej historii, jak to wygląda u mnie, bo filmik Agi, o którym wcześniej wspomniałam znajdziecie klikając tutaj.

Powiedzmy sobie szczerze, że nie jestem osobą szczupłą. Właściwie to borykam się od kilku lat z otyłością i nie jest mi z tym dobrze i komfortowo. Nigdy nie byłam szczupła, od dziecka zawsze miałam trochę ciała i o tyle o ile byłam dzieckiem nie zwracałam na to takiej uwagi, to im byłam starsza tym bardziej zaczynało mnie to boleć. A dlaczego? Kiedy byłam dzieckiem jadałam wszystko co mi zostało podane, bo przecież jak wszyscy wiemy nawyki żywieniowe kształtują się najczęściej w pierwszych latach naszego życia, później możemy je jedynie swobodnie modyfikować. Niemniej jako dziecko słyszałam nieustannie, że powinnam jeść tłuszczyki, bo dzięki temu zawsze będę miała m. in. ładne włosy. Żeby było zabawnie teksty tego typu najczęściej słyszałam od wuja, który sam szczupłością swojej sylwetki nie grzeszył. W tamtych czasach większość członków mojej rodziny nie należała do najszczuplejszych osób, więc może dlatego i mi to nie przeszkadzało. Zresztą czasem mam wrażenie, że dzieci za moich czasów były odrobinę mniej okrutne niż są w chwili obecnej. Ale zbaczam z tematu... Jako dziecku moje kilka dodatkowych kilogramów nigdy mi nie przeszkadzało. Ciotki nieustannie powtarzały: nie przejmuj się ona z tego wyrośnie. Ale jakoś do tej pory nie wyrosłam. Im dalej w las było coraz gorzej. Gdzieś w okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej zaczęłam zauważać, że coś jest ze mną nie tak... A po czym można to było poznać? No cóż.. Wszystkie koleżanki były praktycznie ode mnie szczuplejsze i bardziej lubiane, a ja byłam wiecznie jakaś taka wycofana. Kiedy dostawałam ubrania po kimś, bo w czasach mojej młodości było to normalne i nie był to absolutnie obciach by nosić rzeczy używane, w znacznej części kwitowane było to tekstem: Zostawię te rzeczy to do nich schudniesz... Chyba nie muszę mówić z czyjej strony słyszałam takie słowa..

Podobnych sytuacji było wiele więcej, już nie tylko tych dotyczących ubrań, ale i zachowania, sposobu bycia. Nikt jednak nie robił nic by pomóc mi walczyć z moimi niedoskonałościami. Najłatwiej jest krytykować innych tłumacząc przy tym, że robi się to dla naszego dobra, bo chce się nas zmotywować do zmian. Serio? Ale tak poważnie wydaje się komuś, że teksty w stylu: niedługo będziesz jeździła na wózku inwalidzkim jak nic ze sobą nie zrobisz; zrobiłaś z siebie potwora; czy możesz patrzeć na siebie w lustrze - są motywujące? Kto wam tak k...a powiedział? Zastanówcie się czasem co i do kogo mówicie. Jeśli chcecie okazać komuś troskę o jego stan zdrowia to podejdźcie do niego i powiedzcie: "Słuchaj, martwię się o ciebie, o twoje zdrowie. Czy jest coś co mogę dla ciebie zrobić? Masz jakieś problemy? Mogę ci jakoś pomóc? Czy coś się wydarzyło w twoim życiu złego?" Tak, o wiele bardziej chciałabym usłyszeć takie teksty niż to, że jestem obrzydliwa, że jestem potworem i i tak nikt na mnie nie spojrzy, bo kto chciałby być z takim spaślakiem jak ja.

Słowa potrafią bardzo zranić. Te wypowiadane przez obcych mogą na długo zapaść w naszą pamięć, te wypowiedziane przez najbliższych najczęściej zostają z nami na całe życie. Czy ktoś z was zadał sobie choć raz trud by postawić się w skórze osoby, do której skierował takie słowa? Pewnie nie, a uważam, że powinien. Myślę, że dobrze by było gdyby taka osoba mogła choć na jeden dzień zamienić się z kimś takim na ciała i poczuć się dokładnie tak jak ona. Nie twierdzę, że powinno się popierać nadwagę czy ignorować problemy związane z zaburzeniami odżywiania. Absolutnie nie. Uważam jedynie, że powinno się myśleć co i do kogo się mówi. Obojętność na uczucia innych to jedna z największych zakał naszego świata, zakała współczesności - ignorancja...

Zastanawialiście się kiedyś co kryje się po drugiej stronie lustra? Co odbija się w lustrze naszego wnętrza? Pewnie nie. Z pozoru przez większość czasu się uśmiecham, staram się by nikt nie zauważał, że coś jest nie tak. I pewnie popełniam błąd, ale jakoś tak zostałam nauczona by nikogo nie obarczać swoimi wewnętrznymi problemami. Nie umiem stać w lustrze i patrzeć się na siebie z akceptacją. Ciągle widzę tego potwora i spaślaka, za którego większość mnie uważa. I to nie jest fajne. To bardzo boli, ale nikt nie wie, nie zastanawia się co doprowadziło mnie do takiego a nie innego wyglądu. Ludziom wydaje się, że żrę niewiadomo ile i niewiadomo jak tłusto, że wpierdalam słodycze, że nic ze sobą nie robię i jest mi tak dobrze jak jest. Nawet nie wiecie jak bardzo się mylicie. Nie uważam jednak bym musiała każdemu na ulicy tłumaczyć się z tego co mi jest i jak wygląda moje życie. Faktem jednak jest, że mam problem z jedzeniem, bo paradoksalnie jem mało i rzadko. Potrafię też czasem nie wypić nawet szklanki wody i nie jestem z tego dumna, ale ciężko mi się z tym walczy. Przyznaję się, że mało się ruszam, ale po pracy wracam wykończona psychicznie i nie znajduję motywacji by ponownie wyjść z domu. Po prostu mi się nie chce. Borykam się od kilku lat z depresją, która nie pomaga ruszyć dupy z kanapy i czegoś ze sobą zrobić. Nie mam przyjaciół, którzy postawili by mnie na nogi mówiąc, że fajna ze mnie dziewczyna i jak chce coś zrobić z moim problemem to oni chętnie zrobią to ze mną bym miała wsparcie. Próżno szukać mi wsparcia w najbliższej rodzinie, bo oni prędzej kopną leżącego niż podadzą rękę. Do tego wszystkiego jestem w grupie ryzyka jeśli chodzi o tarczycę i być może cukrzycę, bo część mojej rodziny botyka się z tymi problemami. Dodatkowo panicznie boję się ponownie roić sobie biopsję woli, które mam na tarczycy, bo nie chcę żeby coś dodatkowo jeszcze przyczyniło się do pogłębienia moich stanów emocjonalnych.

I wszystko to może wydać się wam śmieszne, ale w dzisiejszym świecie dążenie do ideałów, którymi jesteśmy zasypywani przez media nie jest tak łatwo samego siebie zaakceptować z naszymi wadami i niedoskonałościami. Ciężko jest nam patrzeć na to co kryje się po drugiej stronie naszego lustra. Dlatego chciałabym prosić was byście zastanowili się co i do kogo mówicie, bo nie ma znaczenia czy ktoś jest gruby czy chudy, czy jest wysoki czy niski, czy ma piegi czy ich brak, czy ma szerokie biodra albo szerokie ramiona. Liczy się przede wszystkim człowiek. Więc zanim komuś powiecie: "Ale jesteś chuda, jak szkapa", "Matko, jaki spaślak z ciebie", "Ja nie wiem, jak możesz chwalić się takimi piegami są obleśne" czy coś innego... Stańcie po drugiej stronie lustra danej osoby i spójrzcie w jej wnętrze, zastanówcie się co taki ktoś może poczuć. Pamiętajcie, że media zasypują nas idealnie wyrzeźbionymi sylwetkami, pokazuje nam się posągowe modelki w najniższych rozmiarach służące za żywe wieszaki do prezentowania ubrań sugerując mega dobitnie, że tak wyglądać powinna współczesna kobieta czy mężczyzna. Powinnyśmy być zawsze perfekcyjnie umalowane, uczesane, mieć perfekcyjny dom i perfekcyjną pracę. Nie wolno nam mieć bałaganu w domu, wyjście w rozczochranych włosach i dresach po bułki do sklepu też jest średnio pozytywnie widziane. Bombardowani perfekcyjnością z każdej strony coraz mniej chętnie akceptujemy samych siebie. Coraz bardziej dążymy do tego by upodobnić się do "ideałów", nieustannie dążymy by dorównać współczesnym kanonom piękna, tylko... Tylko gdzie w tym wszystkim nieperfekcyjny człowiek?

Chciałabym również poznać wasze zdanie na temat samoakceptacji. Czy macie z tym problem, czy przychodzi wam to jak bułka z masłem.

Zostawcie po sobie jakiś ślad.

XOXO

Komentarze

  1. Samoakceptacja... Temat rzeka... W dzisiejszych czasach nikt nie wygląda idealnie, poza tymi w ekranie tv.
    Ja mam wręcz przeciwnie szczupła budowę ciała, również od najmłodszych lat słyszałam teksty typu że jestem płaska jak deska, że jestem niedozywiona, wyglądam jakbym Hitlerowi przez kratki uciekła, a ubrania wiszą na mnie jak na wieszaku zamiast wyglądać kobieco, zmysłowo i lekko w zwiewnych ubraniach.
    Również nie potrafię spojrzeć w lustro i powiedzieć sama do siebie, że jestem piękna.
    Zawsze będziemy porownywani do innych członków z rodziny którym rzekomo wiedzie się lepiej niż nam i pytani czemu Ty nie radzisz sobie tak świetnie jak on... A Ty uważasz że to co masz jest Twoim celem i uwielbiasz robić to, co robisz. Inni tego nie rozumieją i uważają że jesteś pozbawiony ambicji. Co wtedy robisz?
    Dążysz do swojego ideału czy kreujesz ideał dla swoich bliskich, ale nie jesteś sobą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Ci za komentarz. Masz absolutną rację, że to temat rzeka, natomiast warto o nim mówić. Pytasz co robię kiedy inni podcinają mi skrzydła? Często zależy to od tego kto to robi. Jeśli moi najbliżsi, którzy wiedzą jak skutecznie mi je podciąć to najczęściej rezygnuje. Niestety, ale nie umiem walczyć o swoje. Dlatego zamiast chwalić się swoimi pasjami po prostu je przemilczana. Po co mówić o czymś co ich kompletnie nie interesuje. Dzięki temu jestem po prostu zdrowsza. Mam nadzieję, że Ciebie to nie dotyczy 😘

      Usuń
    2. Jeżeli chodzi o moją pasję, rodzina nie rozumie mnie, co robię i czemu mnie to satysfakcjonuje, więc nie rozmawiam z nimi o tym. W moim przypadku jest również druga strona medalu jak ludzie w pracy, którzy bardzo mnie doceniają i wierzą we mnie bardziej niż ja sama w siebie, więc skrzydła rosną. Nie warto przejmować się tym co ludzie powiedzą, bo nabawimy się tylko depresji. Ja nadal robię swoje, by pokazać wszystkim ze to nie jest moje widzimisię, tylko pasja. Dopiero teraz zaczynają powoli słuchać i podziwiać, że obcy ludzie mnie doceniają. Widzę że zaczynają być dumni z osiągnięć, więc warto iść swoją drogą i zaskoczyc rodzinę

      Usuń
    3. Miło jest czytać, że Twoi bliscy w końcu zaczynają Cię doceniać i mocno trzymam kciuki by tak było nadal. U mnie jest nieco podobnie. Znajomi doceniają to co robię i mocno mnie wspierają. To też mój bufor dzięki któremu ciągle robię to co robię :) Inaczej już kilka lat temu powinnam się poddać. Na szczęście to, że oni dodają mi skrzydeł jestem w tym miejscu w którym jestem :) A skoro dałyśmy radę do tej pory to później też damy :*

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Jeśli wybierasz się w podróż po Polsce...

Totalna klasyka

Tale as old as time... czyli historia stara jak świat opowiedziana przez dwa kompletnie różne pokolenia