Tale as old as time... czyli historia stara jak świat opowiedziana przez dwa kompletnie różne pokolenia

Hej,

Miałam dziś przygotować dla was zupełnie inny post. Chciałam opowiedzieć wam kilka słów o pielęgnacji włosów i skóry głowy lub o znów popularnym ostatnio manicure japońskim, ale tego wieczoru coś się zmieniło w moich planach.


Przeglądając przy kolacji filmy na You Tube w propozycjach natrafiłam na soundtrack do nowej odsłony klasycznej baśni o Pięknej i Bestii. Wróciłam do swojego dzieciństwa, w zakamarkach umysłu odnalazłam różne utwory, które towarzyszyły disnejowskiej wersji. Zanim jednak przejdę do tego co sprawiło, że postanowiłam napisać ten post przyjrzyjmy się samej historii Pięknej i Bestii.

Piękna i Bestia to francuska baśń ludowa, niejednokrotnie adaptowana przez różnych twórców, na wiele sposobów, zbudowana na kanwie popularnego motywu oswajania bestii. Po raz pierwszy spisano ją w XVIII wieku, a dokonała tego Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve. Pamiętam, że na studiach z kulturoznawstwa moja przyjaciółka prowadziła jeden z fakultetów właśnie poświęconych temu motywowi. Oswajanie bestii... Nawet nie wiemy jak wiele się kryje pod tym stwierdzeniem. To były też jedne z moich ulubionych zajęć i jak się okazuje bestie mogą mieć wiele oblicz. Jednym z niemniej słynnych obrazów jest historia Sinobrodego, czy Czerwonego Kapturka. Ale o tym motywie literackim napiszę wam innym razem o ile ktoś będzie zainteresowany takim tematem.


Jak wszyscy wiecie niedługo do kin wchodzi nowa odsłona baśniowej historii Belli i księcia zaklętego w Bestię. Pamiętam tą historię z dzieciństwa. Młoda outsiderka, znacznie odstająca od otaczającego ją środowiska, pragnąca od życia czegoś więcej, inteligentna o szerokich horyzontach. Spokojnie to są moje dzisiejsze spostrzeżenia. Jako dziecko nie myślałam nigdy w ten sposób o oglądanych bajkach. W taki właśnie sposób teraz widzę Bellę, główną bohaterkę baśni. A co z Księciem? W disnejowskiej wersji jego historia potraktowana jest bardzo po macoszemu. Niewiele wiemy o jego przeszłości poza tym, że został zamieniony w tytułową Bestię. Nie mogę sobie nawet przypomnieć momentu, w którym ktoś wymawia jego imię, a uwierzcie mi, że nie raz oglądałam ją w zimowe wieczory. I znów odbiegam od tematu... eh... Ta moja dygresyjność.



Jak wspomniałam wcześniej w propozycjach na You Tube pojawił mi się soundtrack do nowej adaptacji Pięknej i Bestii w wykonaniu John'a Legend i Ariany Grande. Sam w sobie teledysk jest przyjemny dla oka i pod tym względem nie mam się do czego przyczepić. Chociaż jak dla mnie brakuje w nim odrobiny więcej koloru. Zamek z teledysku jest bardzo mroczny i "ciężki" w swoim jestestwie. Mam ogromną nadzieję, że wiecie co mam na myśli. Ale są to wrażenia wizualne, które odchodzą na dalszy plan kiedy zostajemy sam na sam z samym utworem. I tu niestety mam zgrzyt...


Niestety bądź stety jestem z tych typów ludzi, którzy nie przepadają za coverami, bo z reguły są bardziej przekombinowane niż oryginał. Jasne od każdej reguły są wyjątki i znam też kilka utworów, które pokochałam właśnie dzięki coverom jak np. Roxanne w wykonaniu Bruno Pelletier (jazzowa wersja) spokojna, stonowana, zachęcająca do subtelnego poruszania się w rytm muzyki czy ten sam utwór w wykonaniu cudownego Jacka Komana jako pełne erotyzmu, namiętności, pasji tango argentino. Niestety są też takie utwory, których zmieniać się nie powinno, bo są one piękne w swej prostocie. I tak w moim odczuciu jest i tym razem, a szkoda.



Oczywiście godnym pochwały jest zachowanie "pierwotnego" duetu, bo zarówno Beauty and the Beast w wykonaniu Celine Dion i Peabo Bryson oraz Ariana Grande i John Legend to para mieszana i nie mam tu na myśli jedynie płci, ale i kolor skóry. Wydaje mi się, że jest to bardzo miłe zachowanie powiedzmy, że tradycji. Jednak same wykonania bardzo się od siebie różnią. Utwór z baśni Disney'a jest bardzo nastrojowy, spokojny. Kiedy go słucham oczami wyobraźni widzę salę balową, przyciemniające się światła i cudowną, zakochaną w sobie parę wirującą w rytm muzyki. Buzia się sama uśmiecha, mogę się rozmarzyć, dać ponieść piosence, zamienić na miejsca z główną bohaterką. Oczywiście zarówno Celin Dion jak i Peabo Bryson używają różnych ozdobników. Ich śpiewanie nie jest monotonne. Jest za to przyjemnie zróżnicowane. Modulacjami głosu smacznie prowadzą słuchacza nuta za nutą po pięciolinii piosenki. W niezwykle wyważony sposób opowiadają tym co dzieje się pomiędzy Piękną i Bestią. Robią to trochę tak, jakby próbowali zaśpiewać nam kołysankę na dobranoc by przyśniły nam się piękne sny, ale takie sny, które potrafią nas czegoś nauczyć. Pokazują nam, że warto patrzeć sercem, widzieć znaczniej więcej niż czyjąś powierzchowność, bo pod maską bestii może kryć się bardzo miękkie serce, wystarczy jedynie zajrzeć pod skorupę pod którą się ukryło.


A co z duetem Ariana Grande i John Legend? Hmm... Mam straszliwie mieszane uczucia. Ścieżka dźwiękowa została nieznacznie zmodyfikowana, odświeżona. I samo to w sobie nie przeszkadza. John Legend całkiem nieźle poradził sobie w tym duecie i chyba z tej dwójki najmniej mi on przeszkadza. Nie stosuje aż tak wielu ozdobników. Trzyma się raczej czystych dźwięków, nie próbuje za wszelką cenę pokazać jakim jest fantastycznym wykonawcom. Stara się w miarę klarownie przedstawić odświeżoną wersję utworu dobrze znanego większości dorosłych. Oczywiście ozdobniki w jego wykonaniu także się zdarzają, ale nie są one nachalne i wciskane na siłę. I chciałabym móc to samo napisać o wykonaniu Ariany Grande, ale... no właśnie, ale. najzwyczajniej w świecie nie mogę tego zrobić. Dlaczego? Bardzo irytujące są dla mnie jej ozdobniki, wszelkiego rodzaju wyciągania dźwięków. Za wszelką cenę próbuje pokazać swoje możliwości wokalne. Nie... Mówię stanowcze nie. Nie! Nie zgadzam się z tym. Brakuje mi w tym coverze prostoty. Piękne fragmenty muzyczne zostają "wzbogacone" o wszelkiego rodzaju wycia, które są na prawdę niezwykle drażniące. Słuchając tego utwory już nie mam ochoty przenieść się na zamek, znaleźć się w sali balowej i tańczyć pięknego walca w takt cudownej muzyki przy coraz to bardziej gasnących światłach. Z całą pewnością mam za to ochotę podwinąć suknię i skierować się do pierwszego z brzegu wyjścia ewakuacyjnego by po którymś zawyciu nie obawiać się, że sufit na mnie runie nie mogąc znieść podobnie jak i ja tych na siłę upchniętych ulepszeń. W tym wypadku proste rozwiązanie byłoby o niebo lepsze.

Ciężko też nie wspomnieć chociażby o oprawie wizualnej. Wersja z 1991 roku jest również przepełniona prostymi rozwiązaniami. Dwójka wykonawców śpiewa w zamkniętym studiu. Przede wszystkim czuje się, że śpiewają do siebie i chcą opowiedzieć historię. Rozmawiają ze sobą. I ten obraz przeplata się z najróżniejszymi wstawkami z baśni, jak chociażby ta kiedy Bestii udaje się nakarmić ziarnami ptaki. Czyta prostota i minimalizm, miód na serce i przede wszystkim uszy. A co zrobić z wersją AD 2017? Eh.. Kamera przenosi nas ponad lasem do zamku gdzie czeka na nas... uwaga... tiulowa beza. Tak... czerwona tiulowa beza... Nie mogę odmówić uroku pomysłowi na różę z tancerek. Jest on bardzo pomysłowy a przy tym uroczy. Niemniej miły dla oka jest również widok Johna grającego na fortepianie. Nasza piękna jest niezwykle wdzięcznie zapatrzona w siebie, seksowna, świadoma swojej kobiecości. Zupełnie nie przypomina mi ona bohaterki z opowieści, ale może to znów jest coś co przegapiłam? Wdzięczy się przed lusterkiem jakby podziwiała swoje piękne lico, a nie szukała w nim obrazu ukochanej Bestii. I coś co najbardziej mnie smuci? Wykonawcy nie śpiewają razem... Oczywiście, że śpiewają synchronicznie. Tego im odmówić nie można, ale każde śpiewa sobie. Ariana sobie, John sobie. Nie ma między nimi chemii, porozumienia, jakby nie czuli potrzeby by sobie nawzajem opowiadać tą historię. Tego mi właśnie bardzo brakuje. Takiego porozumienia pomiędzy wykonawcami, skupienia się nie tylko na sobie, ale i na drugiej osobie. Śpiewanie do niej a nie w próżnię. Tak wiem, czepiam się okrutnie, ale wiecie co? No trudno, wolę się czepiać niż przytakiwać, że jest to wykonanie lepsze od oryginału, bo nie jest. Czegoś w nim  po prostu brakuje. Z przyjemnością też poznałabym wasze zdanie na ten temat, więc jeśli ktoś zechce coś na ten temat napisać w komentarzu pod spodem będzie mi bardzo miło. A teraz nie przedłużając życzę wam kolorowych znów i dobrego dnia.


Tale as old as time
True as it can be
Barely even friends
Then somebody bends
Unexpectedly
Just a little change
Small to say the least
Both a little scared
Neither one prepared
Beauty and the beast
Ever just the same
Ever a surprise
Ever as before and ever just as sure as the sun will rise
Ever just the same
Ever a surprise
Ever as before
Ever just as sure
As the sun will rise
Tale as old as time
Tune as old as song
Bitter sweet and strange
Finding you can change
Learning you were wrong
Certain as the sun
Certain as the sun
Rising in the east
Tale as old as time
Song as old as rhyme
Beauty and the beast
Tale as old as time
Song as old as rhyme
Beauty and the beast

 



Autorzy utworu: Alan Menken / Howard Elliott Ashman
Tekst utworu Beauty & The Beast © Walt Disney Music Company


XOXO

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeśli wybierasz się w podróż po Polsce...

Moje JA po drugiej stronie lustra, czyli o próbie samooakceptacji w dzisiejszym świecie. Czy to możliwe? Część 1