Ulubieńcy lutego 2016

Kochani!


Przyszedł czas by po projekcie denko wrzucić swój pierwszy post z serii ulubieńcy. No może nie taki pierwszy, bo już kiedyś robiłam o niego podejście, ale pomysł wtedy umarł w przedbiegach i zakończył się jedynie postem ogólnym o ulubieńcach lata. Dziś postanowiłam wrócić to tej serii i opowiedzieć wam o swoich kosmetycznych i niekosmetycznych ulubieńcach minionego miesiąca. Mam nadzieję, że tego typu wpisy przypadną wam do gustu. Tym razem zacznę od tych niekosmetycznych ulubieńców, bo wydaje mi się, że będzie ich stosunkowo mniej niż kosmetycznych ;)

Niekosmetyczni ulubieńcy

Miesiąc luty upłynął mi zdecydowanie pod znakiem czytania z czego jestem niezwykle dumna, bo nie ukrywam, że kiedyś byłam molem książkowym. Przyjazd do Warszawy znacznie ograniczył moje możliwości czytania, aż do pewnego grudniowego wieczoru, kiedy to w ramach prezentu gwiazdkowego otrzymałam od brata właśnie mój czytnik e-booków. Nawet nie wiecie jaką mega przyjemność mi tym sprawił. Oczywiście jestem raczej z tych co to wolą jak im papier szeleści, pachnie i przewracając kartki czujemy jego jedyną w swoim rodzaju fakturę, ale umówmy się, noszenie ok trzystu stronicowych książek do najlżejszych nie należy. Mój PocketBook Basic2, bo o nim mowa, to najmilsze "zwierzątko" jakie mam. Jest cieniutki, biało-szary, niezwykle lekki i poręczny. Dużą wygodą jest możliwość powiększania i pomniejszania stron i imitujący papier wyświetlacz, bo wzrok nie męczy się tak okrutnie jak w przypadku podświetlanych ekranów.

Co prawda po części mogłabym tego ulubieńca zaliczyć do poprzedniego, ale nie sprawiłoby mi to tyle radości by móc się z wami podzielić tym osobno. Książką, którą pochłaniam od początku roku to cykl: "Pan Lodowego Ogrodu" Jerzego Grzędowicza. Uwielbiam powieści fantasy, a ta jest szczególnie wyjątkowa, bo to coś innego, właściwie nie wiem czy kiedykolwiek się spotkałam z podobną mieszanką. Cykl "Lodowy Ogród" (przyjmijmy taką jego skrócona wersję) to powieść Jerzego Grzędowicza dotąd znanego mi jedynie z krótkiego opowiadania/prologu "Obol dla Lilith", z którym miałam przyjemność się zapoznać jeszcze na studiach podczas jednych z zajęć fakultatywnych traktujących o zagadnieniach angelologii i demonologii. "Lodowy Ogród" to powieść z gatunku science-fantasy. Powieść opowiada historię Vuko Drakkainena, który wyrusza w przestworza by na planecie Midgaard odnaleźć i w miarę możliwości sprowadzić na Ziemię grupę naukowców prowadzących tam badania, z którymi w niewyjaśnionych okolicznościach stracono kontakt. Ku zaskoczeniu głównego bohatera światem tym rządzi magia, Czyniący i Pieśni Ludzi, czymkolwiek ona jest. Równolegle poznajemy również losy młodego cesarza, następcy Tygrysiego Tronu/Nosiciela Losu. Wszystko podane zostaje nam w bardzo ciekawy, przyjemny sposób, pozwalając nam odnajdywać co chwilę intertekstualność tekstów. Bardzo ciekawa, zaskakująca, polecam każdemu wielbicielowi fantastyki jako takiej.

Kosmetyczni ulubieńcy miesiąca

Jeśli chodzi o kosmetyczną stronę minionego miesiąca to zdecydowanie minęła mi ona pod znakiem konturowania i to zarówno tego na mokro i na sucho. Szczególnie upodobałam sobie bronzer w kremie marki W7, Make Up & Glow, Bronzing Base i w kamieniu z firmy Lovely, Sculpting Powder, 3 Color Press Powder. W tym drugim zdecydowanie widać już denko, co może świadczyć jedynie o tym jak bardzo przypadł mi do gustu.



Na moich policzkach w minionym miesiącu królowały dwa róże Sephora, Nawilżający Róż do Policzków, No.09 Healthy Rose oraz Lovely, Natural Beauy Blasher, Mineralny Róż do Policzków w odcieniu 05.



Rozświetlaczem, który skradł moje serce zdecydowanie był MakeUp Revoluion, Vivid Baked Highlighter w kolorze Golden Lights. Daje od przepiękną, delikatną, subtelną taflę na policzku sprawiając, że wyglądamy młodo i dziewczęco.



Ulubiony produkt do ust to masełko Nivea o zapachu Borówki Amerykańskie/Jagody. Sięgałam po nie najczęściej, bo moje usta wymagały po prostu nawilżenia inaczej żaden kolor nie wyglądał na nich korzystnie, ale czemuż się dziwić w końcu mamy zimę...



Pędzle miesiąca to Kavai nr 22 - służył mi do naniesienia kremowego bronzera pod kości policzkowe i późniejszego rozblendowania go. Jest niezwykle miły w dotyku, posiada sprężyste włosie, a po myciu zachowuje swój pierwotny kształt. Drugi pędzel to Hakuro nr H24, który wyplenił niemal zupełnie z mojej kosmetyczki pędzel z Sephory, którym kiedyś uwielbiałam nakładać bronzer.



W tym miesiącu raczej rzadko sięgałam po cienie do powiek i może dlatego nie mogłam się na nic zdecydować. Jeśli miałabym wybrać jakiś ulubiony korektor pod oczy to zdecydowanie nie jestem w stanie niczego wybrać, chociażby dlatego, że jestem na etapie wykorzystywania korektora z Inglota, który jest dla mnie za ciemny, jeśli chodzi o rozświetlanie okolicy pod oczami.



Tuszem, który od kilku tygodni gości na moich rzęsach jest oczywiście Benefit, They're Reall! To mój niekwestionowany ulubieniec, ale jak pisałam w poście o projekcie denko to tusz z kategorii - albo mnie kochasz, albo nienawidzisz. Brwi podkreślałam jedynie kredką Catrice w odcieniu 020 Date With Ash-ton.

Jak widzicie luty nie był miesiącem, w którym posługiwałam się tysiącem kosmetyków, by wyczarować ładny makijaż, dzięki któremu będę się prezentować jak gwiazda filmowa. Zdecydowanie postawiłam na coś naturalnego i świeżego.

XOXO

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeśli wybierasz się w podróż po Polsce...

Dzienny makijaż z użyciem palety Pupa Pupart

Połyskujący, fioletowy makijaż na walentynki.