Kosmetyczni i niekosmetyczni ulubieńcy wakacji.

Hej!

Wakacje minęły mi niezwykle szybko, prawdę powiedziawszy nawet nie wiem kiedy. Może to dlatego, że w połowie czerwca zaczęłam nową pracę w związku z tym nie miałam nawet urlopu. Hm... Mniejsza z tym :)

Lato w tym roku zbytnio nas nie rozpieszczało. Lipiec nie należał do szczególnie ciepłych miesięcy, bynajmniej dla mnie. Szczerze mówiąc jestem po prostu zmarzluchem i wolę kiedy jest cieplej niż zimniej, a jeśli chodzi o sierpień to i ten miesiąc niespecjalnie nas rozpieścił. Temperatury powyżej 30st.C. to też zdecydowanie nie to co tygryski lubą najbardziej. Kiedy byłam młodsza wakacje były zdecydowanie o wiele przyjemniejsze:), ale nie o wspomnieniach z dzieciństwa być miało;)

Lato to czas, który kojarzy nam się z leniuchowaniem, wieczornymi spacerami, piknikami na świeżym powietrzu w gronie przyjaciół lub samotnie z książką. Książki... Jakie to piękne słowo :) Od takich właśnie niekosmetycznych ulubieńców minionego lata chciałabym zacząć.

Po dłuższej chwili ponownie zanurzyłam się w noweli T.Capote "Śniadanie u Tiffany'ego". Historii nie trzeba przedstawiać, zapewne znana jest większości chociażby w genialnej ekranizacji z Audrey Hepburn w reżyserii B. Edwards'a. Ale Capote to nie tylko rozsławione "Śniadanie...", to także jego opowiadania - chociażby zbiór "Miriam" i jego ostatnia powieść - "Z zimną krwią". Długo polowałam na ta ostanią. Pierwszy raz zetknęłam się z nią w ramach jednych z zajęć z prof. D. Szajnert (swoja drogą długo będę pamiętać te zajęcia, oj długo...). Na temat tej powieści zresztą pisałam pracę zaliczeniową z tych zajęć... Dawne czasy, oj wróciłoby się na studia, wróciło...

"Z zimną krwią" to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, opowiadająca o odwiecznym problemie ludzkości - starciu dobra ze złem. Jest to również pionierska próba nowego dziennikarstwa, dokument zbrodni popełnionej przez niezresocjalizowanych recydywistów okraszona talentem Capote. To opowieść o morderstwie popełnionym, z tytułową zimną krwią, na czteroosobowej rodzinie farmerów z Kansas. T. Capote szczegółowo opisał zarówno to wydarzenie, jak i śledztwo, pościg oraz proces, aż do wykonania wyroku. Pisarz po mistrzowsku przedstawia godny Ajschylosa motyw zbrodni i kary, zmuszając czytelnika do refleksji na temat źródeł zła. Nie będę opisywała Wam całej książki. Wiem jedno, że czytając ją po raz kolejny nie mogłam się od niej oderwać czytając ja jednym tchem. jeśli jesteście zainteresowani jej ekranizacją to powstały dwie: "Z zimna krwią" w rezyserii R. Brooks'a z 1967r. oraz "Capote" w reżyserii B. Miller'a z 2005 r. Jeśli lubicie książki z zagadką to serdecznie wam ją polecam.

Kolejnym "książkowym" ulubieńcem lata będzie nowela "Tajemnica Brokeback Mountaic" autorstwa E. Annie Proulx szerzej znana raczej z jej filmowej adaptacji z 2005 r. Nowelka krótka, wciągająca i bardzo przyjemna w odbiorze. Wciągnęła mnie tak bardzo, że nie zauważyłam kiedy wróciłam z pracy do domu ;). jak dla mnie ma ona jednak dwa małe minusy. Po pierwsze za szybko się skończyła, po drugie... o zgrozo na prawdę chcę to napisać... jest nieco słabsza niż film, bardziej powierzchowna ;( Zrobiłam to, ja na prawdę napisałam, że proza jest słabsza od filmu.... świat schodzi na psy:)

Wracając jednak do urodowej części ulubieńców, a właściwie ją rozpoczynając to zdecydowanym hitem lata jeśli chodzi o pielęgnację moich włosów będzie TT. Szczotka, którą mam od kilku ładnych już miesięcy, ale dopiero latem zrozumiałam jak łagodna i przyjemna jest dla moich włosów. Zdecydowanie mniej włosów jest wyrwanych, mniej połamanych, łatwiej się rozczesują. Zapewne pominęłabym ją na liście swoich hitów, gdyby nie wizyta w salonie fryzjerskim, do którego poszłam na podcięcie końcówek i wycieniowanie włosów. Fryzjerka w owym salonie nie dość, że szarpała moje biedne kosmyki to o zgrozo na mokro (tak mokro, że woda z nich leciała) szarpała je grzebieniem. I nie to żeby rozczesywała najpierw końce, a potem sukcesywnie w górę... Nie... Trzeba było je szarpać od nasady, aż po same końce. I co z tego, że wtarła w końce olejek arganowy...? Nie ukrywam, ze efekt później był stosunkowo zadowalający, ale wykonanie usługi TRAGEDIA. Oczywiście, że czasem zdarza mi się przeczesać włosy inną szczotkę, ale nie zamienię swojej TT na inną. Co prawda nie jest to najtańszy gadżet do włosów i przyznaję się bez bicia jako wersję podróżną mam już kupiony jej zamiennik, ale i tak uważam, że jest świetna, o czym może świadczyć fakt, że już kupiłam kolejną;)

Innym gadżetem będzie żelowa maska na oczy. Była dla mnie przyjemnym ukojeniem po dniu pracy spędzonym przed ekranem komputera i cudownym orzeźwieniem podczas sierpniowych upałów. Dzięki niej nie miałam ogromnych worów pod oczami tylko standardowe;), takie jakie mam przez większość roku.

Kolejnym ulubieńcem będą maski Biovax'u w saszetkach. Są świetną alternatywą na wyjazd. I choć mnie w tym roku letnie eskapady ominęły, to kiedy wracałam do rodzinnego domu zawsze miałam jakąś w kosmetyczne. Na moje długie włosy jedna saszetka starcza na ok 1,5 użycia, a włosy są po nich piękne, lśniące i nie plątają się bez ładu i składu. Warto jednak pamiętać co lubią i czego potrzebują nasze włosy, bo nie wszystkie z nich się u nas sprawdzą.

W sierpniu zdecydowanymi hitami były wszelkiego rodzaju filtry, od 50 po 30, bo przecież z moją bladą karnacją bez nich bym się poparzyła od słońca. Nie mam swojej ulubionej marki, dla mnie najważniejsze było tylko to by dobrze mnie chroniły.

Skoro jesteśmy już przy słońcu i opalaniu. Historia z tym związana jest bardzo ciekawa. Jako dziecko byłam siłą niemal wleczona na słońce. Może nie siłą, ale ciągle mnie na to słońce wyciągali i wtedy jakoś mi nie przeszkadzało nic. Moja rodzicielka nie truła mi głowy, że jestem blada i nikt mnie nie pytał czy dobrze się czuję. Ale od kiedy zrezygnowałam z opalania ciągle słyszę powyższe pytania. W tym roku się troszkę zbuntowałam i postanowiłam nieco oszukać moja mamę. Wiem, nieładnie jest oszukiwać, ale w tym wypadku jestem usprawiedliwiona. Przeglądając YT zgapiłam od Basi CallMeBlondie piankę opalającą z Bielendy dla jasnej karnacji. Poza zapachem, który dla mnie jest sporym minusem faktycznie spisywała się bardzo dobrze i myślę, ze zostanie ze mną nawet w jesienno-zimowe miesiące. tak, wtedy też słyszę te same pytania o zdrowie. Pianka faktycznie nie pozostawia smug i plam, dlatego jest świetną alternatywą dla trakycyjnych kremowych samoopalaczy.

Ponieważ sierpień rozpieszczał nas upałami praktycznie zrezygnowałam z makijażu, jeśli już się na coś decydowałam to na tusz do rzęs i korektor pod oczy i na niedoskonałości. Tutaj nie mam swoich ulubieńców, bo skupiałam się na wykorzystaniu tych produktów, które są już na wyczerpaniu, ale jak się domyślacie z korektorem nie jest tak łatwo. Jeśli już decydowałam się na pełny makijaż, bo czekało mnie jakieś wyjście albo po prostu było chłodniej, stawiałam na podkład Bobbi Brown, który już mi się niestety skończył. Myślę, że kiedyś jeszcze do niego wrócę, ale najpierw muszę wykończyć inne, które czekają w kolejce na zdenkowanie.

Absolutnym MUST HAVE lata była butelka wody w torebce. Nigdy nie sądziłam, że umieszczę ją w jakichkolwiek ulubieńcach, a jednak:) i wszelkiego rodzaju soki do wody, które sprawdzały się świetnie jako letnie orzeźwienie zwłaszcza jeśli w szklance pobrzękiwały kostki lodu.

Ukochanymi smakami lata są zdecydowanie truskawki pochłaniane niemal kilogramami i soczyste arbuzy. Mniami :) A jak już jesteśmy przy jedzeniu to placuszki z cukinii, które tego lata robiłam po raz pierwszy są na prawdę smakowite i zasługują na miejsce w tym poście ;)

To by było na tyle, jeśli ktoś będzie miał ochotę podzielić się ze mną swoimi ulubieńcami lata to serdecznie zapraszam do zostawienia komentarza.

XOXO

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeśli wybierasz się w podróż po Polsce...

Totalna klasyka

Tale as old as time... czyli historia stara jak świat opowiedziana przez dwa kompletnie różne pokolenia